Jak co roku o tej porze, zaczynam pisanie od nowa. Zauważyłam u siebie pewną skłonność, która pogłębia się z wiekiem. Lubuję się w rozpoczynaniu wszystkiego. Może to być rozpoczynanie wielkiego przedsięwzięcia (choć takich jest pewnie najmniej, o ile w ogóle są), przygody, mniejszego przedsięwzięcia (takie tam wymysły typu: "zrobię sobie tzw. komin na drutach", "kupię wreszcie matę do jogi, nawet mam wypatrzony model", "zrobię coś z pokojem, który kaleczy każdego dnia moje poczucie estetyki"), nawet drobnych czynności codziennych (wstanę wcześniej i zrobię to, to, to i może jeszcze tamto) i niecodziennych (takie głupoty w przypływach jakichś sentymentalnych nastrojów - pisanie pamiętnika, robienie ozdób choinkowych, cholera, nawet scrapbooking). Oczywistym jest, że niczego nie kończę. Czasem ze strachu przed efektem, czasem z lenistwa, czasem po prostu zapomnę, a czasem jeszcze nie wiem nawet, dlaczego. Teraz z pewnością też tak będzie. Można tylko stawiać zakłady, jak szybko.
Mając na karku dwadzieścia trzy lata z hakiem, po raz pierwszy w życiu powzięłam tzw. postanowienie noworoczne. Nie chodzi o zwalczenie brzydkiego nawyku zaczynania wszystkiego i porzucania na różnych etapach realizacji. Będzie to najbardziej banalna rzecz na świecie. Postanowiłam schudnąć 10 kilo. Jeśli zbłądzili tu jakimś cudem czytelnicy blogów, zapewne połowa z nich (jeśli czytelnicy są z liczbie pojedynczej, to zakładam, że całość, szczególnie jeżeli ta całość jest rodzaju męskiego) właśnie wyłączyła tę stronę. Tym, którzy dotrwali, pragnę oznajmić, że nie mam zamiaru o moim chudnięciu pisać. To takie śmieszne jest dla mnie samej, że robię to od Nowego Roku. I nie, nie jestem sfrustrowaną dziewuszką, po prostu czuję się ze swoim ciałem niezbyt dobrze, bo nie zdarzyło mi się tyle ważyć, a eksperyment pt. "Na pewno poczuję się lepiej, gdy będę stękać o swoim kiepskim wyglądzie, a inni będą mnie komplementować" nie powiódł się.
Tak więc dzisiaj jem od godziny drugiej po południu do teraz. Wcześniej niż o drugiej nie jadłam i jem do tak późnej godziny, bo ostatnio ciężko mi wstać przed południem i zasnąć przed czwartą nad ranem.
W ogóle nie wiem za bardzo, co się za mną dzieje.
Objawy:
* zaburzony sen (mimo wszystko spanie w takich godzinach nie jest zbyt zdrowe, a na już na pewno źle wpływa na cerę i takie tam sprawki, którymi kobiety się przejmują, szczególnie jak po "dwudziestce" nagle zdają sobie sprawę, że "TO" już się zaczęło!),
* zaburzony umysł (nic mi nie przychodzi do głowy w związku z projektami, czuję, że, cokolwiek bym nie zrobiła, to jest bez sensu),
* zaburzona sfera uczuciowa (tu to już w ogóle jeden wielki bałagan, niby mówię, co czuję, czego mi brak, a z wielkim trudem przychodzi mi uśmiechnąć się do niego, za to przy każdej okazji opieprzyłabym go, ot tak, bo niby czemu nie? Tak najprościej to wszystko mnie wkurza, jego głośne mieszanie herbaty łyżeczką, "nicnierobienie" całymi dniami, czułość nie taka, jakiej bym chciała)
Ogólnie rzecz biorąc, kiepsko ze mną. Jakaś chandra zimowa, czy co.
I jeszcze ważna rzecz:
DLACZEGO GEJE WOLĄ CHŁOPCÓW?
To nie fair. Nie chcę, zabrzmieć stereotypowo, ale, analizując, czego potrzebuję teraz od mężczyzny, stwierdzam, że to wszystko ma chyba tylko gej. Oczywiście poza jedną sferą moich potrzeb.
Jak widać, w każdym aspekcie mojego życia jestem w tym momencie w jakiejś klatce. I wartownika - grubasa, który się kiwa, śpiąc na krześle nieopodal, a u pasa ma pęk kluczy, z których jeden na pewno jest do mojej klatki, nie widać.
